Newsletter

Chcesz być na bieżąco? Dopisz się do listy!

Dołącz

Reklamy

Licznik odsłon


Trafne przeczucie

2011-09-23
Sebastian Nowosiad

Pewnego poranka obudziłem się z dziwnym przeczuciem. Nie jestem tego w stanie opisać słowami ale wiedziałem, że dziś po prostu muszę iść na ryby.

Choć był to normalny dzień pracy, postanowiłem cos wymyślić i wybrać się na spontaniczne łowy, targniemy „męską intuicją". Jak to zwykle bywa przy takich niezaplanowanych wypadach, chaos i podekscytowanie spowodowały że tego czy tamtego po prostu nad wodę nie zabrałem. Ale nic to. W przeciągu godziny byłem już na łowisku, przy czym nie obyło się bez nagany ze strony strażnika jeziora, ponieważ żeby nie tracić cennego czasu … skróciłem sobie drogę przechodząc przez ogrodzenie. Olbrzymie sztuczne jezioro należące do angielskiej instytucji zajmującej się wodociągami stało przede mną otworem. Niestety, jak to czasami bywa karpiarze przejęli co lepsze zakątki, rozstawiając się z tonami sprzętu. W głębi ducha liczyłem na pusty zbiornik, no ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma… W mig zmontowałem spinning, założyłem ulubioną gumę, czterocalowego rippera z brokatem i zacząłem przeszukiwać wodę. Stan wody jeziorze był niski z powodu suszy (około 40 procent poziomu maksymalnego) miałem więc większą szansę żeby zlokalizować drapieżnika. Jednak właśnie ten sam niski stan wody nie pozwalał mi dostać się do głębszych partii zbiornika. No ale przezorny zawsze ubezpieczony zostawiłem nie wszystko udało mi się zostawiłem pośpiechu zapomnieć zapakować… Zostawiłem sprzęt na brzegu i poszedłem do samochodu po wodery. Po powrocie zacząłem do nowa i w przeciągu następnych trzydziestu minut pierwszy zębacz zameldował mi się na kiju. Szybkie zacięcie i jest! Po krótkiej walce wyciągnąłem okołoczterokilowego szczupaka.

Podbierak, dzięki któremu zapewniamy komfort i bezpieczeństwo szczupakowi.

W następnej godzinie wędkowania zerwał się dość silny wiatr, co nie ułatwiało mi wędkowania. Postanowiłem przedostać się na drugą stronę zbiornika, co wiązało się z przejściem przez tamę koło strażnicy i tu oczywiście musiałbym nie być sobą żeby nie wpędzić się znowu w tarapaty. Strażnik zatrzymał mnie, prosząc o pokazanie mojego sprzętu wędkarskiego. I od razu zapytał: „Dlaczego twój hak na główce ma zadzior?". Odpowiedziałem spokojnie, że gdyby go nie miał to rozdzierałby rybie paszczę a z zadziorem zostaje w miejscu, a po drugie ja używam tylko jednego haka a nie ja większość tutejszych dwa i to potrójne. Widziałem jak źrenice strażnika zwężają się ze złości i: "Na mojej wodzie będziesz stosować się do zasad takich jakie na niej obowiązują i proszę natychmiast zlikwidować te zadziory" - powiedział. Wyjąłem obcążki z torby i na jego oczach zgniotłem wypustki na haku. Już druga wpadka tego dnia, po wcześniejszym przechodzeniu przez plot na skróty. Zdałem sobie sprawę ze nie jestem bynajmniej pupilem tego strażnika i muszę uważać na to co robię, bo nie chciałbym stracić prawa do wędkowania na tym jeziorze. Po przejściu na drugą stronę wiatr miałem zza pleców co pomogło mi w wędkowaniu gdyż mogłem znacznie dalej rzucać gumą.
Ale po następnej godzinie nie miałem nawet jednego uderzenia. Postanowiłem więc zmienić taktykę i łowić z opadu, co okazało się strzałem w dziesiątkę: potężne uderzenie w gumę i zębacz bez problemu zaczął wyrywać plecionkę z mojego kołowrotka. Walka się zaczęła, teraz już wiedziałem, ze mam do czynienia z „mamusią". Zwiększyłem opór hamulca walki, szczupak jednak się nie poddał. Kiedy zobaczył mój podbierak, odszedł na ogonie! Uwielbiam kiedy one to robią – pomyślałem. 
 Po paru minutach w końcu podebrałem drapieżnika (przy wysokich temperaturach wody staram się dla bezpieczeństwa ryby nie bawić się z nią za długo ze względu na obniżoną zawartość tlenu w wodzie) a przynęta wypadła mu z pyska.

10 kg, złowiony metodą z opadu.

Miałem więcej szczęścia niż rozumu, bo całkowicie zapomniałem że zmiażdżyłem zadzior na główce jigowej. Ale to już się nie liczyło bo dziesięciokilogramowy szczupak był mój! Szybciutkie zdjęcie, buziak w nosek i z powrotem do wody.
Tutaj chcę wyjaśnić (oczywiście początkującym wędkarzom) że przy wypuszczaniu drapieżnika najlepiej przytrzymać go w wodzie za ogon aż do momentu, gdy będzie chciał sam odpłynąć. Warto również pamiętać, żeby nie pozwolić mu słaniać się na boki, bo może nie udać mu się wrócić do naturalnej pozycji. 
Wracając do naszego wędkowania, ze względu na niski stan wody zmuszony byłem podbierać drapieżnika ze ściany tamy i tu bardzo ważną rolę odgrywa porządny podbierak. Wiele razy spotkałem się z ironicznymi komentarzami na temat mojej siatki, typu „a ty gdzie z tym, łapać rekiny?". Hm, żałosne. Wcale nie znaczy to ze nie jestem w stanie podebrać szczupaka ręką, po prostu myślę tu o bezpieczeństwie zębacza a nie swojej wygodzie. Ale dosyć już tego gderania, większość z Was na pewno przecież o tym wszystkim wie.
 Po otrząśnięciu się i odtańczeniu tańca radości byłem gotowy do kontynuowania łowów. Postanowiłem trzymać się metody połowu z opadu. Znów dla nie wtajemniczonych kilka słów wyjaśnienia: metoda ta w skrócie polega na opuszczaniu przynęty na dno a następnie podciągnięciu i ponownym i opadzie na dno. Oczywiście musimy pamiętać by plecionka była napięta przez cały czas, w przeciwnym razie możemy przeoczyć pobicie.
Kontynuowałem wiec przeszukiwanie jezioro, ale bez skutku. Nie jestem fanem ciągłego zmieniania przynęty, bo akurat w moim przypadku to nigdy nie działało, wiec osobiście tego nie polecam. Natomiast warto jest używać naturalnych kolorów takich jak perłowy, złoty czy srebrny bądź klarowny. Nigdy mnie jeszcze nie zawiodły, bez względu na pogodę. Zasada ogólna jest prosta: jeżeli znajdziecie zębacza który żeruje to będzie uderzenie nawet jeżeli woda nie jest przejrzysta, natomiast używając jaskrawych kolorów sprowokujecie go do ataku tylko i wyłącznie przez jego drapieżną naturę.
 Kiedy po godzinie spinningowania złapałem parę „pistoletów" (przeciwko którym nie mam zresztą nic bo mogę je wyjmować cały dzień z uśmiechem na twarzy - przecież chyba o to chodzi w wędkowaniu), jednak postanowiłem znów zmienić technikę i po wykonaniu dalekiego rzutu pozwoliłem gumie opaść na dół a następnie energicznym ale bardzo krótkim podbiciem oderwałem ją od dna. Nagle zaczep. O nieee – pomyślałem – pewnie jakiś konar drzewa – i wtedy zauważyłem ze moje plecionka się przemieszcza. Zaciąłem i jest po pierwszym odjeździe poznałem już wagę drapieżnika. Czułem po plecionce, jak schodzi w dół, ocierając ją o ostry kant spadu. Najwyższy czas podjąć walkę!I w tym momencie… ryba się wypięła. Nie mogłem uwierzyć w takiego pecha, jednak się nie poddawałem. Wiedziałem mniej więcej gdzie uderzył, postanowiłem wrócić tu później.

9,8 kg, złowiony metodą krótkich podbić z dna.

Po półgodzinie wróciłem w zapamiętane miejsce i możecie wierzyć lub nie, ale gdy wykonałem pierwszy rzut, uderzył! I to z taka siłą, ze od razu wybrał plecionkę z kołowrotka. Nie czekałem tym razem, miałem ostatnią szansę. Zwiększyłem bardziej hamulec walki, zębacz zwolnił. Teraz albo nigdy –pomyślałem. Podciągnąłem i w parę minut szczupak był w podbieraku. Po szybkim zważeniu okazało się, że ma 9,8 kg! Ręce mi opadły ze szczęścia i choć nie było to okrągłe 10 kg, to i tak osiągnąłem powtórnie cos co mogłem sobie tylko wyobrazić w moich najśmielszych snach.Reasumując: nazwijcie to jak chcecie ale ja uważam że okazanie szacunku i prawidłowe obchodzenie się drapieżnikiem na brzegu odpłaci się wam przyszłości nawiązką w przyszłości.
Możecie też pomyśleć ze w wodach Anglii jest masa takich dziesiątek. Tu powiem krotko: mam wielu znajomych którzy od lat próbują bez skutku, wiec wiem ze ci którzy bagatelizują i wyśmiewają się ze mnie spinningisty obciążonego tym sprzętem mogą teraz podziwiać moje wyniki na które bardzo ciężko musiałem latami pracować i które kosztowały mnie wiele wyrzeczeń. Kwestia szczęścia – oczywiście jest ono niezbędne, ale takie szczęście bez odpowiedniego przygotowania to nie jest to, co spotyka się zbyt często.
Natomiast powiem Wam ze naprawdę jest warto używać różnych technik prowadzenia przynęty, po prostu być elastycznym i nieprzewidywalnym dla ryby. Pracujecie na sukces jak ja, a na pewno uda się wam przechytrzyć tego wspaniałego krokodyla wód słodkowodnych.

Szczupak wraca do wody, obok obszerna mata do wyhaczania.

Sebastian Nowosiad
Fot. Marlena Dęblińska

 

Słowa kluczowe: | szczupak | jezioro | zalew | spinning | jig | opad | Wielka Brytania |

Komentarze

nowsze
starsze
nowsze
starsze

Twój komentarz został dodany i oczekuje na moderację.

Prosimy o cierpliwość.

Dodaj komentarz

(nie jest podawany do publicznej wiadomości)

---- reklama ----
http://www.AUTOdoc.PL Istnieje możliwość zakupu części zamiennych w niewiarygodnie niskich cenach tutaj