Newsletter

Chcesz być na bieżąco? Dopisz się do listy!

Dołącz

Reklamy

Licznik odsłon


Kochać Irlandię jak Irlandię

2013-02-22
Maciej Król

Od wielu lat rockowy szlagier Kobranocki "Kocham Cię jak Irlandię" wywołuje u mnie konsternację: dlaczego jak Irlandię? Co jest w tym kraju takiego, by go pokochać? 

W ostatnich latach wielu naszych rodaków odpowiedziało sobie na to pytanie, wybierając Zieloną Wyspę na nowy, łatwiejszy do życia dom. Niemal każdy z nas zna kogoś, kto podjął trudną, życiową decyzję i pracuje w Irlandii. Znam i ja. Od pewnego czasu wsłuchiwałem się w opowieści o niezliczonych łososiach wchodzących na tarło, gigantycznych pstrągach potokowych czy wielkich szczupakach. Traktowałem te doniesienia ze sporym sceptycyzmem, jak większość podobnych, zasłyszanych od wędkarzy. W mojej świadomości istnieje tylko Skandynawia jako ostatnie europejskie eldorado, zatem nie zdecydowałem się na urlop w Irlandii. Postanowiłem jednak, korzystając z promocji linii lotniczych, wyskoczyć na krótki, trzydniowy zwiad.Trzy dni to bardzo mało, więc teoretycznie powinienem mieć lekki bagaż. Ledwo zmieściłem się w limicie. Musiałem przygotować się na każdą ewentualność, bo pogoda nad Atlantykiem zmienia się bardzo szybko. Od niej zależą wyniki połowów oraz dostępność miejsc, w których przychodzi łowić. Dlatego uzbrojony w szeroki arsenał muszkarsko-spinningowy wsiadałem na pokład samolotu. 
Lot z Warszawy do Dublina trwa tylko trzy godziny. Moim celem była jednak Connemara, położony na zachodnim krańcu wyspy górzysty, mityczny region w hrabstwie Galway. Przejazd autobusem, który spod lotniska kursuje co 20 minut, to kolejne trzy godziny. Podróż zajęła mi mniej więcej tyle samo czasu, co dojazd nad ukochany San. Uświadomienie sobie tego faktu niezwykle poprawiło mi i tak już dobry humor. Jeśli miejsce okaże się przynajmniej w połowie tak rybne, jak mówią, to będę miał wspaniałą nową bazę wypadową.

Nice fish.

U celu wita mnie mój przyjaciel Marcin, ichtiolog od ponad ośmiu lat zawodowo  związany z irlandzkimi salmonidami. O rybach i metodach ich łowienia na Zielonej Wyspie wie więcej od miejscowych. Pora jest zbyt późna, by wbijać się w wodery, decydujemy się więc na wizytę w pubie. Sącząc lokalne piwo, rozmawiamy o wędkarskich możliwościach Irlandii. A że jest ona wyspą, nie zdziwi nikogo fakt, iż wielką popularnością cieszy się tu łowienie w morzu. Oprócz na dorsze czy znane mi ze Skandynawii rdzawce miejscowi wędkarze wyprawiają się w morze na waleczne bassy, liczne wargacze, kongery, makrele, rekiny i płaszczki. Podczas jednego rejsu czy zasiadki z brzegu można złowić od kilku do kilkunastu różnych gatunków, często egzotycznie wyglądających ryb. Jednak od lipca do października absolutnym hitem działającym na wyobraźnię jest pojawienie się u brzegów wyspy rekinów błękitnych. Średnia waga łowionych osobników dochodzi do 30 kg, choć rekord wyspy to 93 kg. Za to prawdziwe big game trzeba ,,nieco’’ zapłacić. Rejs kosztuje ok. 400 euro za  łódź/dzień, co dzielone na trzech lub czterech uczestników wyprawy daje już kwotę do zaakceptowania.


To właśnie kochamy w Irlandii.

Jednak Irlandia to przede wszystkim kraina wielu jezior i rzek. Lodowiec wycofał się z terenu wyspy stosunkowo późno i jedynymi rybami, które rekolonizowały tę cześć Europy po zlodowaceniu, były łososiowate oraz węgorze. Inne gatunki nie były zdolne pokonać słonowodnej bariery oddzielającej Irlandie od kontynentu. Na przykład szczupaki pojawiły się dopiero około siedmiuset lat temu za sprawą rąk ludzkich.  Zresztą bardzo dobrze się zaaklimatyzowały i rozprzestrzeniły, osiągając często dwucyfrową wagę. Dziś podnoszą ciśnienie wielu ich łowcom, doskonale reagując na gumki, jerki czy coraz popularniejsze muchy.
Mnie najbardziej marzy się polowanie na łososie. Marcin mówi, że są ich w rzekach zadowalające ilości, jednak  łowienie nie będzie proste, ponieważ stan wody w większości rzek jest bardzo niski. Zbyt niski, by ryby czuły się bezpiecznie i ochoczo zagryzały przynęty. Nie zniechęcam się, setki godzin bez brań na rodzimych, trociowych rzekach wyrobiły we mnie odporność na humory łososiowatych.
Kolejny dzień rozpoczynamy od wykupienia w rządowej agencji rybackiej (Fisheries Board) licencji uprawniającej do połowu łososi. Miesięczna wychodzi taniej niż trzy jednodniowe. Płacę 50 euro. Uprawnia mnie ona do połowu we wszystkich rzekach i jeziorach regionu, gdzie występują łososie, i umożliwia zabranie tej ryby. Z wyłączeniem wód prywatnych, na których oprócz krajowej licencji należy wykupić dniówkę, której cena waha się zwykle od kilkudziesięciu do 150 euro. My jednak skupimy się na publicznych wodach, które rybnością często nie ustępują prywatnym. W ciągu miesiąca mogę zabrać tylko trzy łososie, dziennie jednego, a w ciągu roku nie więcej niż dziesięć. (Zależnie od miesiąca zmieniają się dozwolone limity ryb, które można zabrać w ciągu jednego dnia, nie przekraczają one jednak trzech sztuk. Przy tym cały czas obowiązuje roczny limit dziesięciu łososi). Aby oprzeć się pokusie oszustwa, każdy wędkarz dostaje tzw. tagi, czyli samozaciskowe opaski, które przewleka się przez pysk zabieranej ryby. Opaski nie można zdjąć bez uszkodzenia, więc po każdym zabranym łososiu zmniejsza nam się zapas tagów. 

Pierwszy irlandzki.

Udajemy się najpierw nad jedną z rzek, która niesie nieco więcej wody, w nadziei, że będzie nam dane połowić na muchę. Z mostu obserwujemy jej spienioną poniżej kaskady powierzchnię, brzegi są obficie zarośnięte, jednak z nurtu wystają okazałe głazy, z których można bezpiecznie wędkować. Marcin jednak decyduje o zmianie rzeki, twierdzi, że jeśli w ciągu kilku minut nie wyskoczy w górę kaskady żaden łosoś, to znaczy, że ich tu po prostu nie ma w zadowalającej ilości. Łosoś nie wyskoczył… Troszkę rozczarowany wsiadam do auta, kolejna rzeka ma być raczej niemuchowa, przynajmniej na odcinku, który staje się naszym celem. Mocno zarośnięte brzegi i głęboka niepozwalająca na brodzenie woda nie pozwalają na odpowiednią prezentację sztucznej muchy. Odpuszczamy muchowanie, które w tych warunkach byłoby sztuką dla sztuki.
Uzbrojony w spinning, obławiam starannie każdy prądzik, zwolnienie czy wystające przeszkody. Marcin szybko gna w górę, on, łowiąc od ośmiu lat, zna wszystkie bankowe miejscówki. Staram się za nim nadążyć i posyłam wobler w miejsce, które starannie obławiał, pod wiszące nad przeciwnym brzegiem gałęzie. Żółta smuga, która nagle pojawiła się w wodzie, okazała się wielkim pstrągiem potokowym. Spodziewałem się łososia, a tu taki przyłów, ryba mierzy ponad 50 cm. W Polsce byłoby to wydarzenie, a Marcin kwituje grzecznym angielskim nice fish (ładna rybka).  „Stary to przecież kapitalny pstrąg” – ripostuję. W odpowiedzi słyszę: „Tutaj nikogo takim nie zadziwisz”. I ma rację, po chwili łowi większego, a po minie łowcy widzę, że to jest ciągle tylko nice fish. 


Marcin z nice fish.

W dodze w górę udaje mi się złowić jeszcze kilka grubo przekraczających 40 cm, ale mój partner dla takich nie chce nawet przerywać łowienia, by zrobić mi zdjęcie. Sam wyjmuje jeszcze dwa przekraczające magiczne 50 cm. Obławiając przeciwny brzeg, staram się w dalszej fazie prowadzenia przynęty sprowadzać ją wachlarzem przez całą szerokość rzeki. W środku nurtu mam silniejsze niż zwykle branie, srebrna rakieta, niczym pocisk woda–powietrze wystrzelony z łodzi podwodnej, leci w niebo. Wreszcie cel  mojej wyprawy, łosoś atlantycki, walczy na końcu zestawu. Walka była pełna zwrotów, ponieważ wysoki w tym miejscu brzeg nie ułatwiał podebrania ryby. Łosoś nie był wielki, jednak to był mój pierwszy irlandzki! A sam ten fakt cieszył podwójnie.
Po kilku minutach mój kompan zaciął podobnego. Popróbowawszy łososi, zaproponował, aby podczas reszty pobytu koncentrować się tylko na pstrągach. Łososie nie są zbyt wielkie, a pstrągi wprost przeciwnie. Zwabiony szansą pobicia życiowego rekordu, chcę skupić się tylko na kropkowańcach.
Kolejny poranek nie wróży jednak wielkich sukcesów. Na zachodnim wybrzeżu Irlandii przez większość roku niebo jest zachmurzone, często pada i wieje silny wiatr. Słońce pojawia się nieczęsto w ciągu 365 dni. Pechowo trafiam na jeden z tych słonecznych. W jasnym świetle górskie krajobrazy zapierają dech w piersiach, ale ryby w takich warunkach są mało aktywne. Decydujemy się na dryf łodzią po jednym z estuariów. Marcinowi trafiają się dwa nieduże, ale bardzo silne pstrągi (estuariowa forma – slob trout) na mokrą muchę, a ja mam ciekawy przyłów w postaci muleta (cefal). 


Mulet na nimfę.

To interesująca ryba, licznie zasiedlająca ujścia rzek i strefy wysłodzonej wody. Odżywia się pokarmem roślinnym, bentosem (organizmy żyjące na dnie) i szeroko pojętym detrytusem – czyli organiczną materią wszelkiej postaci. Czasem udaje się ją złowić na muchę, np. nimfę. Mulet jest niezwykle silny (tak jak większość morskich gatunków), podczas walki robi wiele zwrotów, niestety płoszy przy tym całą ławicę. Szkoda, bo już ostrzyłem sobie zęby na kolejne pełne emocji hole.
Kolejny ranek wita nas już klasyczną irlandzką pogodą. Wieje silny wiatr, a nad głowami wiszą ciężkie ołowiane chmury. Zapragnąłem spróbować najbardziej klasycznego, wyspiarskiego sposobu łowienia ryb na muchę. Konkretnie łowienia pstrągów potokowych z użyciem mokrej muchy na słynnym w międzynarodowym wędkarskim towarzystwie jeziorze Corrib.
Najpierw pozwolę sobie napisać coś o samym jeziorze, bo to woda niezwykła i u nas niespotykana. Jego powierzchnia wynosi 165,6 km2. Dla porównania nasze Śniardwy zajmują „tylko” 113,8 km2. Setki rozsianych bezładnie wysp i pojawiających się znienacka niebezpiecznych wypłyceń, metrowa fala na co dzień i zagubiona w tym wszystkim jętka majowa dryfująca donikąd… Takie jest Corrib. To klasyczne limestone lake – czyli jezioro położone na wapiennym podłożu. Gwarantuje ono niezwykłe bogactwo fauny bezkręgowej ze względu na odczyn wody. A to przekłada się na bogatą bazę pokarmową i obfity rybostan z dominacją łososiowatych. Bliskość oceanu, duża ekspozycja na wiatr i często szybko zmieniające się warunki atmosferyczne czynią to łowisko bardzo trudnym i niebezpiecznym dla niedoświadczonych na tej wodzie wędkarzy. Samodzielne wypłynięcie bez przewodnika jest bardzo ryzykowne, a wędkarski sukces sprowadza do przypadku. Niemniej Corrib wraz ze swoimi dopływami to jedno z najlepszych pstrągowo-łososiowych i szczupakowych łowisk w Europie.

Corrib słynie także z bardzo licznej populacji dużych szczupaków. Rozmiary jeziora nie ułatwiają ich szybkiego odszukania, jednak autochtoni doskonale znają obszary bytowania esoksów i przy sprzyjających warunkach pogodowych wyniki połowów mogą wprowadzić w zdumienie. Szczupaki są w Irlandii chronione w sposób gdzie indziej niespotykany - można zabrać dziennie jedną sztukę, ale tylko do 50 cm. Wszystkie większe należy bezwzględnie wypuścić, dzięki czemu stanowią cel kolejnych łowów. 


Irlandzki szczupaczek.

Gigantyczne pstrągi łowi się zwykle na trolling, a najskuteczniejszą przynętą jest martwa rybka. Woblery często przegrywają pojedynek o największe okazy. Być może jest to spowodowane bardzo przejrzystą wodą, w której trudniej ukryć nienaturalność wabika. Zapewne także smuga zapachowa, którą zostawia naturalna przynęta, wywołuje silniejszą agresję, wzbudzając zaufanie wielkich i doświadczonych ryb. Nie wyobrażajcie sobie, że wystarczy trochę i byle gdzie popływać po jeziorze, aby zaciąć pięciokilowego pstrąga. Tylko znajomość wody i zwyczajów feroksów gwarantuje sukces, co oznacza, że kwestią czasu jest wyholowanie ogromnej ryby. Dla miejscowego jest to zwykle czas krótki. Niemniej trolling to metoda pasywna i pomimo jej ogromnej i niezaprzeczalnej skuteczności postanowiłem skupić się na połowie mniejszych ryb, jednak w sposób elegancki i klasyczny, a przy tym dający niebywałą dawkę emocji i egzotyki – na sztuczna muchę.
Łowiąc na mokrą muchę, świadomie rezygnuje z ,,pstrągowego big game’’ – po irlandzkie kolosy jeszcze wrócę. Sama metoda dla wędkarza wychowanego na rzekach jest tak bardzo egzotyczna, że nie mogę oprzeć się pokusie. Tym razem moim przewodnikiem będzie Maciej, równie doświadczony wędkarz,  przyjaciel Marcina, którego na lądzie tego dnia  zatrzymała… inna Ryba…Najważniejsza jest pogoda, musi silnie wiać, a powierzchnia wody powinna być sfalowana (na Corrib tworzą się fale jak na morzu). Łódź należy ustawić burtą równolegle do fal i pozwolić jej na dryf. Łódź, a nie łupinkę – standardowa długość irlandzkich jeziorowych łodzi to 19 stóp (ponad 6 m).To bardzo sprawne i bezpieczne jednostki, a ich wartość użytkowa jest fenomenalna. Zestaw rzucamy z wiatrem. Do pływającej linki uwiązane są w ponadmetrowych odstępach trzy mokre muchy, które po opadnięciu na wodę powinny być dość szybko i rytmicznie ściągane. Łódź cały czas napływa na wyrzucony zestaw, a cała sztuka polega na ożywieniu much w taki sposób, aby imitować ruch owada walczącego z żywiołem. Nie musimy rzucać daleko, wystarczy tyle, ile jesteśmy w stanie wyrzucić przy jednym wymachu. Krótko, ale gęsto, bo przecież łódź cały czas zmienia położenie i za chwilę znajdziemy się nad miejscem, którego nie dosięgaliśmy krótszym rzutem. Przy wyciąganiu zestawu ważne jest, aby najbliższa linki mucha smużyła wodę, np. tak jak chruścik usiłujący poderwać się do lotu. Metoda, choć wygląda na prostą, wymaga treningu oraz instruktażu, bo pstrągi z Corrib nie są łatwe do oszukania dla jeziorowego nowicjusza. 


Ferox z Corrib.

Każdemu nasuwa się pytanie, dlaczego nie rzucamy za łódź (pod wiatr i fale), przecież wtedy na dryfującej łodzi moglibyśmy spokojnie prowadzić nasze muchy? Odpowiedź jest dość prosta: to tak, jakbyśmy łowiąc na rzece, najpierw przechodzili pstrągom po głowach. Do tego warto zaznaczyć, że sznur, który wyrzucamy z wiatrem, leci dość daleko, natomiast rzut pod wiatr, szczególnie daleki, byłby praktycznie niewykonalny. Od razu można poznać doświadczenie Macieja. Gdy on zacina pstrągi, które nawiasem mówiąc, walczą obłędnie, ja mam puste niezacięte brania. Po kilku godzinach, gdy zaczynam sobie jako tako radzić z tą metodą, wymagającą od wędkarza ogromnej koncentracji, łowię pierwszego pstrąga na Corrib. Do irlandzkich okazów nie należy, ale po większe na pewno wrócę.Odlatuję zakochany w Irlandii. Powrócę, i to wielokrotnie, w przyszłym sezonie, bo to uczucie nie mija. 


Więcej informacji i zdjęć z tej wyprawy a także innych wypraw autora znajdziecie na stronie www.rybolownia.pl 

Dodatkowych informacji na temat wędkowania w Irlandii chętnie udzieli Marcin Sułkowski. Możecie pisać pod adresem: bigos11(małpa)poczta.onet.pl

Fot. autor, M.Sułkowski

 

Komentarze

nowsze
starsze
nowsze
starsze

Twój komentarz został dodany i oczekuje na moderację.

Prosimy o cierpliwość.

Dodaj komentarz

(nie jest podawany do publicznej wiadomości)

---- reklama ----
http://www.AUTOdoc.PL Istnieje możliwość zakupu części zamiennych w niewiarygodnie niskich cenach tutaj