Newsletter

Chcesz być na bieżąco? Dopisz się do listy!

Dołącz

Reklamy

Licznik odsłon


Kleń, groch i praca domowa

2013-04-18
Marcin Wosiek

Chyba nic tak nie wpływa na wyniki wędkowania, jak dobrze odrobiona praca domowa, czyli poczynione zawczasu przygotowania. Dla jednych jest przykry obowiązek, dla innych dodatkowy urok. 

Była to moja pierwsza wiosna nad Sanem w rejonie Jarosławia. Co prawda łowiłem tu już przez całą zeszłoroczną jesień co pozwoliło mi jako tako poznać miejski odcinek rzeki, ale zawsze brakło mi czasu na dokładne rozpoznanie mało zadeptanych miejscówek z dala od miasta. Tym bardziej że dzieliłem swój czas między San i spory kompleks okolicznych stawów.
Opowieści przygodnie poznanych wędkarzy o wielkich kleniach, a także sporadyczne kleniowe przyłowy budziły moją ciekawość i skłaniały do podejmowania wielokilometrowych wędrówek brzegiem tej urokliwej podkarpackiej rzeki. Wędrówek bez wędki, oczywiście. Tak właśnie należy poznawać rzekę: najpierw sumienne rozpoznanie, w którym wędkarskie manatki zwyczajnie przeszkadzają, zwłaszcza wobec konieczności częstego nurkowania w nadbrzeżne chaszcze. Ponadto pokażcie mi wędkarza, któremu na widok „pachnącej rybą” miejscówki będzie się chciało ją opuścić i ruszać dalej... Tak więc wędrowałem sobie brzegiem Sanu, który właśnie uspokoił się po bieszczadzkich roztopach, rozkoszowałem się wiosennym słońcem, buszowałem w nadbrzeżnych zaroślach i „na oko” oceniałem łowiska, skrzętnie zapamiętując wszystkie ciekawsze miejsca.
Celem tych wypraw było zlokalizowanie potencjalnych stanowisk kleni. Wiadomo skądinąd, że kleniska wiosną przy podniesionym stanie wody gremialnie podchodzą pod brzeg, choć nie aż tak blisko jak jazie (wchodzące czasem wręcz między zalane krzaki). Dobrze więc wiedziałem, czego szukać i na co patrzeć. Kleń, jako się rzekło, podchodzi pod brzeg, szukając wypłukanego z niego pokarmu, ale nadal trzyma się skraju prądu. Potrzebowałem więc miejsca, w którym główny nurt podchodzi niezbyt blisko pod brzeg, ale jednocześnie coś go zaburza i wstrzymuje.
Warto wiedzieć, że na tym odcinku Sanu ostróg nie ma nawet jak na lekarstwo. Za to brzegi gdzieniegdzie umocniono usypanymi z głazów opaskami i właśnie jedna z nich wyjątkowo wpadła mi w oko. Właściwie zaś to nie sama opaska, tylko kilkunastometrowy fragment koryta poniżej jej zakończenia.Wyobraźcie sobie takie miejsce: woda żwawo obmywa zewnętrzny brzeg obszernego zakola. W tym właśnie miejscu ręka człowieka usypała opaskę z grubych kamieni, trzymającą w ryzach bystrą, wyżynną rzekę.
Miejsce, które wpadło mi w oko, wyglądało koncertowo: zakręt rzeki przechodził tu w prostkę, nurt zaś, wyszalawszy się na kamiennym umocnieniu, wyraźnie zwalniał i lekko odbijał w stronę środka koryta. Strefę głównego nurtu dzieliło od brzegu, pokrytego nawisami krzaków, dosłownie kilka metrów spokojniejszej wody. Żeby było ciekawiej, coś dużego, leżącego na dnie, zaburzało przepływ. Świadczyły o tym ledwie dostrzegalna fałdka na powierzchni i charakterystyczne wiry. I takie miejsce znalazłem w spokojniejszej wodzie na skraju głównego nurtu! Wiedziałem, że dalej już nie muszę iść.
Przeprowadzone następnego dnia szczegółowe sondowanie wykazało, że to „coś” na dnie to najprawdopodobniej leżący niemal prostopadle wryty w dno pień drzewa, przyniesiony tu przez wysoką wodę spływającą z gór. Jednym końcem był oparty o brzeg. Co ważniejsze, także jego napływ był na tyle głęboki i spokojny, że w strefie przydennej mogły się tam czaić grube kleniska. Położenie zanęty kilka metrów powyżej powinno je wywabić z kryjówki, kombinowałem, gdyby wszystko inne zawiodło.Tym „innym” była zapływowa strona pnia, tuż poniżej przelewu. Właśnie tam w kwietniu po prostu musiały być klenie. Początkowo głęboka, po kilku metrach wyraźnie wypłycała się, tworząc długą piaszczystą łachę. Ryby miały tu schronienie od nurtu, a dodatkowo miejsce, którym rzeka osadzała wypłukany z między kamieni opaski pokarm. Plan B zakładał, że gdybym mimo wszystko się mylił co do kleni, właśnie tutaj będę łowił płocie. Jakiś czas później zresztą, gdy klenie poszły się... trzeć, rzeczywiście to miejsce okazało się płociodajne, ale to jest jednak temat na zupełnie inną, majową opowieść.
Tak więc zdecydowałem się zacząć od miejsca poniżej przelewu. Oczywiście dokładnie je wysondowałem, ustaliłem, skąd najlepiej zarzucić i gdzie położyć zanętę. Co ważne, ustaliłem też, jakie obciążenie przystawki ze spławikiem będzie optymalne dla tego miejsca, bo właśnie na przystawkę zamierzałem tu łowić. Wyjaśniam: obciążenie przystawki nie może być zbyt małe, bo wtedy zestaw będzie stale odrywany od dna. Nie może być też zbyt duże, bo wędka straci na czułości i nabierze charakteru samołówki. Na szczęście po paru wprawkach można bez kłopotu ustalić, jaka gramatura wchodzi w grę.
Koniec końców przygotowałem stanowisko, usunąwszy z niego co bardziej przeszkadzające gałęzie, pnącza i badyle. Przez kilka dni miało mnie tu nie być, więc nie musiałem się przejmować spłoszeniem ryb tego dnia.
Minęło parę dni, w czasie których zająłem się zbieraniem informacji. W sklepach i wśród wędkarskiej braci delikatnie podpytywałem, co też miejscowe klenie lubią najbardziej. Najczęściej co wędkarz to inna odpowiedź, ale w końcu, idąc za radą przygodnego znajomego ufającego potędze grochu i „glizd”, postanowiłem i ja im zawierzyć. Z dżdżownicami żaden problem, pudełko lub dwa kupnych rosówek powinno załatwić sprawę, także gdyby do przynęty dobrały się jazgarze. Zawsze też pozostanie w rezerwie ów groch, którym zresztą zamierzałem zanęcać.
Właśnie, groch... To nie jest rzecz łatwa, lekka i przyjemna. Wymaga nie tylko pewnego nakładu pracy, ale i dużej wprawy w przygotowaniu. Najpierw należy surowy, łuskany groch moczyć przez około 12 godzin, jak na zupę, następnie opłukawszy go, gotować dłuższy czas na wolnym ogniu do względnej miękkości, ubytki wody uzupełniając wrzątkiem. Nie zimną wodą, bo stwardnieje! Nie można też dopuścić do przerwania wrzenia. (Jest to oczywiście tylko jeden ze sposobów przygotowania). Gotowy groch pod wpływem nacisku palca daje się rozgniatać, ale połówki ziaren nadal muszą się siebie trzymać. Przegapienie tego momentu grozi tym, że zamiast grochu dla ryb będziemy mieli... materiał na grochówkę dla nas. Od czasu do czasu trzeba zatem sprawdzać, co się dzieje w garnku. Moczenie trwa długo, gotowanie też, ale w zamian uzyskuje się świetną przynętę na ryby karpiowate. Tak przyrządzony groch nadaje się do zakładania na haczyk oraz, po zmieszaniu z ziemią rzeczną, do nęcenia. Dodatkowo kule lekko skleiłem niewielką garsteczką płatków owsianych.
Tak uzbrojony i pełen nadziei zjawiłem się w dniu finału nad Sanem. Najpierw szybkie kontrolne wysondowanie dla upewnienia się, że rzeka nic nie zmieniła tu przez tydzień. Następnie do wody powędrowały 3 lekko spłaszczone, pierogowate z kształtu „kule” wielkości pięści. Zanęciłem oszczędnie, bo wiosną nie ma sensu wrzucać do wody zbyt dużo i zbyt nerwowo, tym bardziej że groch jest dość sycący i łatwo przekarmić ryby, a zawsze można potem donęcić. Zmontowałem zestaw, na haczyk trafiła średniej wielkości rosówka, niedostępna dla drobnicy. I rozpoczęło się czekanie...
Napisałem „w dniu finału”, ale tak naprawdę ten finał rozciągnął się na kilka kwietniowych zasiadek. Jedne kończyły się sukcesem, gdy rzeka okazywała się hojna, a inne nie, kiedy to klenie były górą. Na brzegu wylądowało w tym czasie kilka grubych siatkołuskich ryb, a także sporo mniejszych. Jestem jednak pewien, że te największe nie dały się oszukać, tak jakby śmiejąc się w kułak z moich prób ich przechytrzenia! Czułem przez skórę, że tam są i solennie obiecywałem sobie wrócić po nie w czerwcu.
Splot przyczyn sprawił jednak, że lato spędziłem nad stawami i małymi rzeczkami, oddając się urokom spławika. Gdy zaś jesienią wróciłem w to miejsce, rzeka zmieniła je nie do poznania: letnia wysoka woda zabrała gdzieś pień drzewa, likwidując „rafę”, a piaszczysta łacha rozrosła się wydatnie. Rzeka kolejny raz pokazała, że ostatnie słowo należy do niej. Nie przejąłem się tym specjalnie. Rzeka nie lubi leniwych, a jesienne niżówki zachęcały do wielokilometrowych wędrówek we wrześniowym słońcu...

Komentarze

nowsze
starsze
nowsze
starsze

Twój komentarz został dodany i oczekuje na moderację.

Prosimy o cierpliwość.

Dodaj komentarz

(nie jest podawany do publicznej wiadomości)

---- reklama ----
http://www.AUTOdoc.PL Istnieje możliwość zakupu części zamiennych w niewiarygodnie niskich cenach tutaj