Newsletter

Chcesz być na bieżąco? Dopisz się do listy!

Dołącz

Reklamy

Licznik odsłon


Rzeczny sandacz na grubo

2013-06-19
Paweł Mirecki

Rzeczny sandacz dla wielu spinningistów jest rybą widmo, łowioną od przypadku do przypadku. Ci, którzy nastawiają się na mętnookiego, najczęściej wyjmują ryby wielkości 40–60 cm.

Bardzo rzadko udaje im się złowić okazowy egzemplarz. Wynika to oczywiście z faktu, że tych naprawdę dużych drapieżników jest najmniej, a ponadto sam sposób łowienia i dobór przynęt są głównie przystosowane do polowania na średniaki.
Dlaczego tak się dzieje? Sandacze 60–70-centymetrowe, a więc średniej wielkości, żyją i żerują w stadach, okazy zaś polują w samotności. Niestety, w miejscach powszechnie uznawanych za dobre szansa na spotkanie z rekordową sztuką jest znikoma. Po pierwsze, duża presja wędkarska w takich miejscach skutecznie płoszy okazałe, z natury rzeczy ostrożne osobniki. Po drugie, grube sandacze w swoim menu mają znacznie większe kąski i nie interesuje ich rybia sieczka, za którą uganiają się ich młodsi bracia. Zajmują inne stanowiska w pobliżu skupisk „tłustszego” białorybu. Czasem wielkie sztuki pojawiają się między żerującymi maluchami, ale tylko po to… by je pożreć. Zdarza się to jednak dosyć rzadko, gdyż miejsca żerowań niewielkich sandaczyków nie dają wystarczającego poczucia bezpieczeństwa dużym sztukom. Okazy mętnookich drapieżców wyróżniają się nie tylko ogromnym apetytem, lecz także samym miejscem i sposobem żerowania.Średniaki w ciągu dnia najczęściej żerują przy samym dnie. Czatują na małe rybki, ukrywając się za rozmaitymi przydennymi przeszkodami, takimi jak kamienie, konary, niewielkie uskoki dna czy iłowe półki. Pod wieczór i w nocy wychodzą na płytkie blaty i kamienne opaski, by niczym bolenie atakować drobnicę tuż pod powierzchnią wody. Jednym słowem, ich stołówki są stosunkowo łatwe do namierzenia. Z kolei duże mętnookie samotnie poszukują pokarmu, przemierzając wszystkie strefy wody. Potrafią wprawdzie przyczaić się na swoją ofiarę przy dnie, jednak najczęściej żerują w toni i przy samej powierzchni. Unikają przy tym łatwo dostępnych miejsc, dużo chętniej przebywają i polują na dzikich nieuregulowanych głębokich odcinkach rzeki. W ciągu dnia ustawiają się tam przy burtach z „grubą wodą”, z licznymi pozatapianymi krzakami, konarami i powalonymi drzewami. Wieczorem chętnie wychodzą żerować przy twardych i głębokich przykosach. Nie omijają również żwirowato-iłowych blatów. Warunek konieczny, jaki muszą spełniać wszystkie wymienione stołówki, to wystarczająca głębokość, dająca poczucie bezpieczeństwa żerującym sandaczom. Celowo nie podaję, jaka to ma być głębokość, bo jest to ściśle związane z ogólnym stanem wody na rzece. Ważne, by były to dużo głębsze miejsca niż przeciętnie występujące w danym okresie. Oczywiście, w czasie totalnej niżówki szanse na spotkanie okazałego mętnookiego znacznie maleją. Są miejscówki, gdzie okazy chętnie żerują razem ze średniakami, nie wchodząc sobie przy tym specjalnie w drogę. Do takich łowisk można zaliczyć stare kamienne, rozmyte główki. Średniaki ustawiają się w warkoczu i na jego granicy ze spokojniejszą wodą oraz na napływie na główkę. I tam są do złowienia w ciągu dnia. Wieczorem podchodzą za drobnicą pod sam kamienny przelew. Grube sandacze stoją w takich miejscach najczęściej przy samej koronie główki, gdzie głęboka sfalowana woda i dno usłane głazami dają im poczucie bezpieczeństwa. Gdy nadchodzi pora posiłku, atakują zarówno w pobliżu swojej kryjówki, jak też zapędzają się czasem na napływ lub sam warkocz główki. 

Moimi ulubionym łowiskiem sandaczowym jest Wisła. Niestety, jej lata świetności dawno minęły. Nadal jednak są miejsca, gdzie mogę liczyć na spotkanie z grubym drapieżnikiem. Od początku sezonu do wczesnej jesieni poluję na sandacze prawie wyłącznie po ciemku, brodząc w spodniobutach. Najczęściej spinninguję na dobrze znanych sobie miejscówkach, dlatego mogę pojawiać się nad wodą dopiero po zmierzchu. Postępuję tak z dwóch powodów. Po pierwsze – w tym okresie sandały rzadko kiedy rozpoczynają żerowanie za dnia, a po drugie – dobre sandaczowisko w dzisiejszych czasach jest na wagę złota i lepiej nie zdradzać go przypadkowym „miłośnikom rybiego białka”. Jeżeli chcę łowić na nowym odcinku, to nim zdecyduję się na nocne brodzenie, wcześniej przynajmniej przez jeden dzień chodzę brzegiem rzeki, rozpoznając ukształtowanie jej dna i wyszukując potencjalnych łowisk. Sprzętowi nie poświęcę wiele miejsca, bo na ten temat napisano już wystarczająco dużo. Jak już wcześniej wspomniałem, sandacze łowię głownie w nocy, brodząc w wodzie. Do takiego łowienia używam 3-metrowego kija o ciężarze wyrzutu do 40 g i szybkiej akcji szczytowej, która pod obciążeniem przechodzi w lekką parabolę. Na kołowrotek w rozmiarze 3000 nawijam plecionkę o średnicy 0,15 mm. Tak dobranym zestawem komfortowo łowię wszystkimi swoimi przynętami sandaczowymi, a gdy uda mi się zaciąć ładną rybę, bezpiecznie ją holuję.
Przy połowie dużych sandaczy istotną sprawą, oprócz znalezienia odpowiedniej miejscówki, jest wybór właściwej przynęty. Zdecydowana większość spinningistów wędkując w ciągu dnia, łowi techniką opadową, używając do tego 5–7-centymetrowych gumek. Nocni sandaczowcy nie rozstają się z 7–8-centymetrowym pływającym ołówkopodobnym woblerem, którym obławiają opaski. Trudno się dziwić takim wyborom, gdyż jest to prosta droga do „sukcesu”, którym bez wątpienia jest złowienie wymiarowego sandacza. Jeżeli zdecydujemy się na łowienie okazów, zarówno dobór przynęt, jak i sposób ich prowadzania są nieco odmienne. 


Gumisiowa przepływanka

Najczęściej używam 10–14-centymetrowych ripperów i twisterów w jasnych, czasem wręcz jaskrawych kolorach. Prowadzę je techniką opadową, która jest bardzo skuteczna w trakcie polowania na okazy.

Niestety, nie wszędzie się sprawdza. Gdy miejsce, które chcę obłowić, znajduje się w odległości rzutu od mojego stanowiska prostopadle do nurtu, wtedy muszę łowić techniką spinningowej przepływanki. Polega ona na tym, że rzucam gumę w górę rzeki pod kątem nie większym niż 45 stopni. Po zamknięciu kabłąka cały czas kontroluję naturalny spływ przynęty, tak wybierając luz plecionki, by czuć ciężar pracującego gumisia. Wędkę trzymam wysoko pod kątem ok. 80 stopni do lustra wody. Tak prowadzony zestaw maksymalnie zmniejsza ilość plecionki mającej stały kontakt z wodą, dzięki czemu mam większą kontrolę nad pracującą gumką. W tej technice bardzo istotny jest optymalny dobór obciążenia do głębokości łowiska i szybkości przepływu nurtu. Przynęta powinna jedynie muskać dno, a nie w nim grzęznąć. Każdy kontakt gumisia z dnem kwituję delikatnym zacięciem „z nadgarstka”. Branie sandacza przy tak prowadzonej gumie jest na tyle agresywne, że nie sposób pomylić go z puknięciem przynęty o kamień. Gdy tylko je wyczuję, mocno zacinam „ z łokcia”. Jest to bardzo ważne, gdyż sandacz ma bardzo twardy pysk i aby wbić mu ostrze haka, zacięcie musi być naprawdę silne. Wprawdzie na początku nauki technika spinningowej przepływanki jest wyjątkowo „gumożerna”, ale z czasem straty znacznie się zmniejszają, a efektywność połowu wzrasta. W podobny sposób obławiam korony zalanych główek. Zasadnicza różnica polega na długości rzutu i prowadzeniu gumy. W ekstremalnych przypadkach obławianie korony bardziej przypomina łowienie na krótką nimfę niż spinningowanie.


Ripper  à la wobler

Zdecydowana większość spinningistów po zachodzie słońca gumy zmienia na ołówkowe woblerki. Jest to tak nagminne, że na niektórych odcinkach rzeki można zaobserwować nocne „przewoblerowanie” łowiska. 

W maksymalnym skrócie objawia się ono tym, że „są, a nie chcą”. Wtedy nadchodzi czas na ripper à la wobler. Jest to nic innego jak 12–14-centymetrowy ripper o agresywnej pracy uzbrojony w stosunkowo lekką główkę. Ciężar główki dostosowuję do głębokości, na jakiej chcę prowadzić przynętę. Nie powinna ona pracować głębiej niż w pół wody. Sama technika prowadzenia gumy jest bardzo prosta. Ustawiam się tak, by miejsce, które chcę obławiać, znajdowało się w tej samej odległości od brzegu, co ja, w dół rzeki od mojego stanowiska. Gumisia zarzucam pod kątem 30 stopni w z prądem i z wędką uniesioną do góry pozwalam mu zdryfować na swoją wysokość. Następnie zaczynam powolne zwijanie przynęty. Co jakiś czas uatrakcyjniam pracę rippera lekkim podszarpywaniem czy podciąganiem i opuszczaniem na napiętej szczytówce. Ponieważ przy takim prowadzeniu ryzyko zaczepu jest znikome, a zdecydowana większość brań jest „od dołu”, warto gumisia dodatkowo dozbroić w dwuramienną kotwicę.


Grzechoczący grubas

Na nocne sandaczowanie wybieram się nie tylko z gumami; spinninguję również woblerami. Skłamałbym mówiąc, że nie łowię na podłużne ołówkokształtne modele. Mam ich zawsze przy sobie kilka w rozmiarach od 7 do 14 cm. Ten sandaczowy klasyk najczęściej się sprawdza. Są jednak noce, gdy ani na nie, ani na prowadzone pod powierzchnią gumy ryby nie chcą reagować. Trzeba wtedy zastosować niestandardowe przynęty.


W dawnych czasach, gdy Wisłę w okolicach Warszawy zamieszkiwały sumy na tyle licznie, że warto było uganiać się za nimi po nocy z pękatym powierzchniowym, grzechoczącym woblerem, częstym przyłowem był okazały sandacz. Dzisiaj, gdy populacja wąsaczy została przetrzebiona, z tamtych czasów została jedynie nauka – duży sandacz lubi sumowe woblery. Gdy nic innego nie działa, zakładam grzechoczącego grubasa – może nie do końca takiego samego, jak na sumy, bo numer mniejszego. Bardzo często kończy się to sukcesem. Brania na taki wobler są bardzo silne i zdecydowane; najczęściej przynęta połykana jest w całości. Dlatego zachęcam do zdjęcia tylnej kotwicy. Praca woblera tylko na tym zyska, a sandacz po wypięciu będzie nadawał się do wypuszczenia.

 

fot. autor, rys. autor i P.Smyk

Komentarze

nowsze
starsze
nowsze
starsze

Twój komentarz został dodany i oczekuje na moderację.

Prosimy o cierpliwość.

Dodaj komentarz

(nie jest podawany do publicznej wiadomości)

---- reklama ----
http://www.AUTOdoc.PL Istnieje możliwość zakupu części zamiennych w niewiarygodnie niskich cenach tutaj