Newsletter

Chcesz być na bieżąco? Dopisz się do listy!

Dołącz

Reklamy

Licznik odsłon


Wilki morskie

2014-02-27
Witold Żytka

Polubiłem łowienie w morzu, bo wreszcie dotarło do mnie, na czym polega frajda z takiego wędkowania.

Zawsze zazdrościłem sukcesów prawdziwym wilkom morskim i z przyjemnością słuchałem ich opowieści o przygodach na oceanie. W końcu przezwyciężyłem niechęć do nieco cięższego sprzętu oraz uporałem się z chorobą morską. W czasie mojej trzeciej wyprawy do Norwegii poczułem, że jestem jednym z nich. Dwie pierwsze nie całkiem się udały z powodu kiepskiej pogody, a tak naprawdę… braku doświadczenia. Byłem już bliski rezygnacji z podejmowania dalszych prób, ale w końcu postanowiłem dać sobie jeszcze jedną szansę i wykorzystać zdobyte już umiejętności, by możliwie jak najlepiej zaplanować kolejną wyprawę. 
Na aurę teoretycznie nie ma się wpływu, ale ryzyko napotkania niekorzystnych warunków atmosferycznych można zminimalizować. A doświadczenie – czy da się tu jakoś pójść na skróty? Chyba tak. Polecam dwa sposoby: uważne studiowanie artykułów oraz oglądanie filmów wędkarskich lub bezpośrednie korzystanie z wiedzy innych wędkarzy. Jest kilka bardzo istotnych szczegółów, na które warto zwrócić uwagę, zanim po raz pierwszy podejmie się decyzję o udziale w tak dalekiej podróży. 
Po pierwsze: termin. Najlepiej tylko latem, czyli od początku czerwca do końca sierpnia i – na wszelki wypadek – ani dnia później. To oczywiście żadna gwarancja dobrej aury, ale latem ryzyko niepogody jest znacznie mniejsze, a ponadto dni o tej porze roku są dużo dłuższe. Warto też wiedzieć, że deszcz nie pokrzyżuje planów tak, jak zrobi to wiatr. Przy silnym wietrze po prostu zdrowy rozsądek i gospodarze ośrodka nie pozwolą nikomu wypłynąć w morze.
Po drugie: miejsce. Najlepiej gdy jest urozmaicone, z wyspami i fiordami, czyli umożliwiające łowienie w różnych warunkach zależnie od własnego wyboru, jak i od tego, na co pozwala aktualna siła wiatru. Wybór miejsca na mapie to także wybór pomiędzy krótszą podróżą i na ogół słabszymi wynikami a daleką wyprawą po prawdziwe okazy. Wybrzeże Norwegii jest bardzo długie i usiane ośrodkami wędkarskimi. Ryby, można powiedzieć, są wszędzie, ale te najlepsze łowiska znajdują się daleko na północy i żeby do nich dotrzeć, trzeba sobie zaplanować dodatkowy dzień na podróż. 



Po trzecie: baza wędkarska. Niby ośrodki wędkarskie są podobne w całej Norwegii (na fotografiach zawsze widać czerwone domki i przycumowane do nich łodzie), ale mogą się istotnie różnić pod względem standardu oraz wyposażenia. Dlatego warto wcześniej dowiedzieć się jak najwięcej o swojej docelowej bazie. Ważne są przede wszystkim łodzie, bo spać można w różnych warunkach, ale z byle łupiny nie da się łowić na morzu. Powinny być mocne i bezpieczne, bezwzględnie wyposażone w sonar oraz nawigację satelitarną. Istotne znaczenie w bazie wędkarskiej mają również suszarnia kombinezonów oraz profesjonalnie zorganizowane miejsce do sprawiania i mrożenia ryb. Wiadomo, że do Norwegii jeździ się i na ryby, i po ryby, bo są naprawdę wyborne i można je dowieźć do Polski w stanie zamrożonym nawet wtedy, gdy podróż powrotna trwa trzy dni.
Po czwarte: odpowiedni sprzęt wędkarski. Korzystając z Internetu lub doświadczenia kolegów, trzeba jak najwięcej dowiedzieć się o łowisku: na jakie ryby można tam liczyć o tej porze roku i na jakich głębokościach można je łowić. Na podstawie takiego wywiadu trzeba skompletować odpowiedni sprzęt, bo nie ma sensu wozić ze sobą kilkudziesięciu kilogramów przynęt, jeśli na miejscu skorzysta się tylko z kilku pilkerów. Moim zdaniem przyjemne łowienie w morzu kończy się gdzieś na granicy 350–400 g wagi pilkera i 100 m głębokości. Jeżeli warunki sprawiają, że trzeba zakładać cięższe przynęty, to lepiej poszukać nieco płytszego łowiska lub z mniejszym uciągiem pod wodą.
Nie ma też po co kupować wędek na oceaniczne „potwory”, bo spotkanie z taką rybą zdarza się równie rzadko jak wygrana na loterii, a zmęczenie i ból rąk wynikające z całodziennego zmagania się ze zbyt ciężkim kijem są prawdziwym koszmarem. Mocny kij, sprawdzony organoleptycznie i pochodzący od renomowanego producenta, o przykładowych parametrach: 210 cm, 30 lbs, do tego nieduży multiplikator (koniecznie!), który zmieści 250–300 m plecionki grubości 0,22–0,25 mm, w zupełności wystarczą i nawet w razie walki z bardzo dużą rybą gwarantują zwycięstwo. Na wszelki wypadek nie zaszkodzi mieć w zanadrzu drugi zestaw o podobnych lub nieco wyższych parametrach.
Takim sprzętem z powodzeniem da się łowić ryby różnych gatunków o wadze nawet ok. 20 kg. Większe zdarzają się niezwykle rzadko. Często przydaje się też zwykły solidny spinning i kilka gum z główkami 35–50 g, bo takim zestawem można sobie trochę urozmaicić pobyt, łowiąc z rzutu na płyciznach. A jeśli ktoś chce polować wyłącznie na giganty i mniejsze ryby go nie interesują, to już zupełnie inna bajka. Trzeba pojechać z kimś, kto się na tym zna.
Warto zabrać ze sobą solidny podbierak lub chwytak z długą rękojeścią, bo na miejscu można liczyć jedynie na kij z zakrzywionym gwoździem. Jeżeli część ryb ma powrócić na wolność lub mamy zamiar fotografować złowione okazy, lokalny przyrząd do podbierania na pewno nie zda egzaminu.


I na koniec: odpowiedni strój. Tutaj upał może bardzo szybko zamienić się dotkliwy chłód i odwrotnie. Dlatego to, co założymy na siebie lub zabierzemy do łodzi w nieprzemakalnym worku, musi nam zapewnić komfort przez cały dzień. Podczas złych warunków atmosferycznych dobrze sprawdzają się popularne kombinezony wypornościowe, ale mają dwie wady: nie są oddychające, a gdy się rozpogodzi, to można się w nich ugotować. Dlatego kupując taki kombinezon, lepiej wybrać wersję dwuczęściową, która daje większą możliwość dopasowania się do temperatury zewnętrznej. Można też skorzystać z oferty przeznaczonej dla profesjonalnych żeglarzy, ale takie oddychające i w stu procentach nieprzemakalne kombinezony są bardzo drogie. Jeśli chodzi o obuwie, to godne polecenia są wysokie buty z goretexu, bo zwykłe kalosze, choć na morzu bywają niezastąpione, to jednak mają tę zasadniczą wadę, że słabo oddychają. Będąc już na miejscu, nie zapominajmy, że najważniejsze są zdrowy rozsądek oraz uważne śledzenie prognozy pogody i tabeli pływów morskich. Jeśli wieje, należy bezwzględnie zaczekać albo łowić tylko w miejscach osłoniętych od wiatru. Najlepszych brań można się spodziewać w okolicy kulminacji pływów i przede wszystkim w tych miejscach, gdzie jest drobnica.
Kto jest smakoszem ryb morskich, niech uważnie ogląda ich mięso (najlepiej pod światło), bo zdarzają się w nim larwy różnych pasożytów. Prawdopodobnie niegroźne dla ludzi, zwłaszcza po usmażeniu, ale lepiej ich unikać. Najwięcej tego paskudztwa jest w brosmach, jednak bywają też w dorszach. Druga rada dla smakoszów: każda ryba przeznaczona do spożycia powinna być wypatroszona niezwłocznie po złowieniu. Będzie dużo smaczniejsza.



Dlaczego w końcu polubiłem łowienie w morzu podczas mojej trzeciej wyprawy? Bo wreszcie byłem odpowiednio przygotowany, a do tego nie wiało i nie padało. Dzięki temu mogłem całkowicie skoncentrować się na łowieniu, a w tych warunkach było ono komfortowe i owocne. Po raz pierwszy się przekonałem, że duże dorsze żerują też w toni, nierzadko w połowie między dnem a lustrem wody i wcale nie trzeba ich szukać na głębokościach przekraczających 100 m. To oczywiście nie jest reguła obowiązująca zawsze i wszędzie, ale jeśli stukając pilkerem w dno, łowi się tylko niechciane brosmy i małe molwy lub drobne dorsze, dużo lepiej spróbować dżigowania w toni. Wystarczy zlokalizować za pomocą sonaru ławicę małych ryb. Nieważne, czy daleko, czy blisko od brzegu. Prawie zawsze będzie nad podwodną górką.  I chociaż na ekranie echosondy najczęściej nic więcej nie widać poza plamą obrazującą drobnicę w toni, to można być pewnym, że gdzieś w pobliżu czają się, niczym wilki krążące w pobliżu stada owieczek, duże drapieżniki. 
Niestety, norweskie przepisy zabraniają łowienia na żywą przynętę. To dziwny przepis, bo bardzo często pilker skutecznie atakuje mały czarniak, który niemal natychmiast jest połykany przez znacznie większą rybę. Po prostu nie da się tego uniknąć. Ponieważ jednak nawet najgłupszy przepis musi być respektowany, i zamiast na żywca warto spróbować łowienia na martwą rybę. Jak wiadomo, o taką przynętę nie będzie trudno i wcale nie trzeba jej zakładać na system. Wystarczy użyć zwykłego pilkera. Branie dużej ryby jest doskonale wyczuwalne i niezwykle emocjonujące. To nie jest gwałtowne uderzenie, jak w goły pilker, lecz pochłanianie przynęty, które na powierzchni odczuwa się jako spokojne, ale zdecydowane zabieranie kija z rąk. Najlepiej odpuścić trochę linki i policzyć do dziesięciu, a następnie zaciąć. Czysta finezja i sto procent silnie uzależniającej adrenaliny.



Moja przełomowa wyprawa, na którą pojechałem w towarzystwie m.in. dwóch przewodników wędkarskich, odbyła się w drugiej połowie sierpnia, a jej celem była baza wędkarska na wyspie Engeloy, leżącej na wysokości Archipelagu Lofotów. To już sporo za kołem polarnym, ale można powiedzieć, że pod względem położenia na mapie to taka górna strefa stanów średnich. Na temat zachwycającego piękna tutejszych krajobrazów nie będę się rozpisywał, bo to po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy, a kto na razie nie będzie miał okazji, by stać się morskim wilkiem, niech chociaż obejrzy film pt. „The doorsz”.

 

Komentarze

nowsze
starsze
nowsze
starsze

Twój komentarz został dodany i oczekuje na moderację.

Prosimy o cierpliwość.

Dodaj komentarz

(nie jest podawany do publicznej wiadomości)

---- reklama ----
http://www.AUTOdoc.PL Istnieje możliwość zakupu części zamiennych w niewiarygodnie niskich cenach tutaj